Długi powrót

von Mikolaj Trzeciecki am 25.07.2019 / in Ogolne

Wtorek, 04.06 – Środa 05.06

Pogoda jest dla nas niełaskawa w tym rejsie. Zapowiada się cisza na wtorek i środowe przedpołudnie, potem ma przyjść silny wiatr z południa. Długo i zacięcie dyskutujemy, co robić – płynąć kilkanaście godzin na silniku, czy raczej przebijać się pod silny wiatr. Decydujemy się, trochę krakowskim targiem, wypłynąć we wtorek po południu z możliwością nocnego przelotu. W ten sposób dopłynęlibyśmy przed silnym wiatrem do naszego klubu.

 


Przed wyjściem z portu spacerujemy sobie po okolicy. Potem wypływamy w morze przy słabym wietrze, który po godzinie się kończy. W gorącym, stojącym powietrzu tworzą się miraże – widzimy na przykład klify wyspy Mön tuż przed sobą, mimo że do nich jeszcze ze 30 mil. Ciekawe, że nie da się ich sfotografować.

Według prognozy nie możemy się dziś spodziewać wiatru, więc z czystym sumieniem włączamy silnik. Posuwa on naszą łódkę bardzo sprawnie po tafli morza gładkiej jak stół, zatem nawet bez specjalnego zmęczenia osiągamy wyspę Mön – tą prawdziwą, nie jej fatamorganę. Po drodze napotykamy na wodzie błyszczący obiekt, który napędza nam nieco niepokoju, a który okazuje się być dziecięcym balonem zgubionym z jakiegoś promu. Wyławiamy ten balon, bo nie lubimy zanieczyszczania mórz.

Ta akcja zostaje pochwalona przez stado morświnów które nas dogania i bawi się z nami przez godzinę. W tym czasie dogania nas też wiatr – świeży powiew od rufy. Wyłączamy silnik i dalej już żeglujemy.

Gdy morświny znikają, musimy podjąć decyzję – czy płyniemy dalej przez noc, czy też nocujemy w pobliskim Klintholm. Do tego portu dotarlibyśmy w ciągu godziny, zatem cumowalibyśmy jeszcze za dnia. Jednak decydujemy się płynąć dalej w kierunku portu macierzystego. Wiążemy pierwszego refa w grocie i zmniejszamy genuę, a następnie rozdzielamy wachty. Gdy to jest załatwione, zauważamy że wiatr tymczasem osiągnął porządne 5 Bft. Tyle jeśli chodzi o sprawdzalność prognoz. Taki wiatr w nocy wymaga więcej niż jednego refu – refujemy dalej i dopiero potem kładę się jako pierwszy spać.

Godzinę później budzi mnie świadomość, że skoro teraz żeglujemy pełną prędkością, to do zatłoczonego obszaru u wejścia do Kadettenrinne dotrzemy zaraz, a nie dopiero rano, jak planowaliśmy. Tyle jeśli chodzi o sprawdzalność planów. Nie chcę zostawiać Agnieszki samej przy nawigacji w takich warunkach i wyskakuję do kokpitu.

Rzeczywiście jesteśmy kilka mil przed wejściem do systemu rozdzielenia ruchu. Tu musimy uważać na ruch statków handlowych w torze wodnym oraz na wiatr – odkręcił się on bowiem na wschód i teraz płyniemy bajdewindem. Przez dwie godziny tak płyniemy, jedna osoba obserwuje światła statków przez lornetkę, druga obsługuje żagle i ster. Dopiero po drugiej stronie toru wodnego możemy się odprężyć, zostawiwszy duże statki za sobą, a potem odpaść w kierunku Warnowujścia. Teraz dopiero możemy spać na zmianę. Osoba na wachcie ma jednak sporo stresu z powodu zmiennego wiatru i fali. Fala przychodzi z zachodu, a wiatr decyduje się wreszcie na kierunek południowy – więc okazuje się, że znowu płyniemy pod wiatr, i to szóstkowy.

O brzasku dochodzimy do oznaczonego toru wodnego przed Warnowujściem. To już prawie w domu. Wiatr zmniejsza się i zmienia ponownie kierunek, teraz na zachodni. Półwiatrem żeglujemy w górę Warnawy, pustej tak wcześnie rano. Krótko po godzinie 9 cumujemy na naszym miejscu w klubie.

To był wyczerpujący nocny przelot. Przez większy czas mieliśmy oboje coś do roboty i nie można się było odprężyć. Głównym powodem stresu była nocna przeprawa bez AIS i innych graficznych pomocy przez ruchliwy tor wodny. Przy następnych rejsach będziemy starali się przepływać ten odcinek za dnia, dopóki nie będziemy mieli lepszego wyposażenia. Tym razem nawet planowaliśmy to przejście za dnia, ale plan wziął w łeb z powodu pogody. Ogólnie, w całym tym rejsie wiatr miał tylko dwa ustawienia: off (0-2 Bft) i on (5-6 Bft), nic pomiędzy, to też było męczące. Ale poradziliśmy sobie.

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht.