Rejs sierpniowy 2020 – wielkie plany

von Mikolaj Trzeciecki am 10.11.2020 / in Ogolne

Wreszcie nadszedł urlop i tym razem ograniczenia pandemiczne nie powinny nam przekreślić planów. A te były duże, chcieliśmy koniecznie dopłynąć do Starego Kraju – przynajmniej do Kołobrzegu, aby sprawdzić polskie stocznie jachtowe czy innych usługodawców w tej dziedzinie. Z niemieckich nie jesteśmy zasadniczo zadowoleni, ale to temat na inny wpis.

Mając takie wielkie plany chcieliśmy wypłynąć jak najszybciej. Wyruszywszy z domu w piątek po fajrancie, przybyliśmy późnym wieczorem do ferajny, z mocnym postanowieniem wyruszenia w drogę (daleką, do najbliższego portu na wschodzie 60 mil) wcześnie rano. Jednak po przyjeździe trzeba było się przywitać z przyjaciółmi, a rano trzeba było (po wyspaniu się) temu i owemu pomóc w pracach przy ich łódkach… Gotowi do wyruszenia byliśmy wczesnym popołudniem. To za późno na te 60 mil. Jednak postanowiliśmy przepłynąć do portu Hohe Düne, położonego tuż za ujściem Warnawy, aby następnego dnia mieć chociaż o ten kawałek bliżej. Tak uczyniwszy, skorzystaliśmy też z faktu, że w Hohe Düne woda jest znacznie bardziej przejrzysta niż u nas w ferajnie, wskoczyliśmy do wody i wyczyściliśmy kadłub z wodorostów.

W niedzielę, 2. Sierpnia rzeczywiście udaje nam się zwlec z koi wcześnie i oto już o 8:15 rano żeglujemy na wschód… A raczej na północny wschód, bo przecież trzeba opłynąć przylądek Dars oraz wyspy Chycinę (Hiddensee) i Rugię. Płyniemy baksztagiem przy słabym wietrze. Genua, schowana nieco za grotem, nie chce stać i ciągle wpada, powodując hałas zupełnie nieprzystający do urlopu, no a poza tym takie łopotanie zwiększa niepotrzebnie zużycie materiału. Ale na motyla nasza łódka nie chce żeglować – kołysze się na fali, co powoduje, oczywiście, wpadanie genui. Aby utrzymać genuę na motylu, eksperymentuję z bomikiem. Rezultaty nie są oszałamiające, ale lepsze to niż nic.

Tak dopływamy do przylądka Dornbusch na Chycinie. Tam trzeba wejść w oznaczony tor wodny. Tuż przed wejściem mijamy się z dużym jachtem nadchodzącym z prawej. Porozumiewam się z nim przez radio i on oznajmia, że mi ustąpi, ponieważ nie idzie do toru wodneg, tylko będzie kotwiczył tu za przylądkiem. Takie kotwiczenie to w sumie dobry pomysł: przylądek osłania od wiatru, a płycizny rozciągają się daleko poza obszar chroniony. Gdybyśmy tu zakotwiczyli, nie musielibyśmy płynąć krętymi torami wodnymi do któregoś z portów na Chycinie, a jutro z powrotem. Jednak nie decydujemy się na to – jeszcze nie przećwiczyliśmy kotwicowania, a jeśli się nie uda, będziemy przemierzać te nieoświetlone tory wodne po ciemku. A zatem idziemy już sobie z zeszłego roku znanym torem. Tym razem dobrze widzimy wszystkie boje, i tuż po zachodzie słońca stajemy w sympatycznym porcie Langenort.

Rezygnujemy z integrowania się z sympatycznymi sąsiadami, bo jutro gna nas dalej. Zatem, poniedziałek, 3. sierpnia – pobudka o 6:30. Już o 7:30 załoga jest na nogach, wychodzimy z portu. Po przejściu torów wodnych mijamy Dornbusch i kładziemy się na kurs północno-wschodni, który nas doprowadzi na nieznane wody koło przylądka Arkona, niegdyś sanktuarium boga Świętowita. Zamiast dumać nad historią zastanawiamy się nad zachowaniem naszej lodówki: niby daje się włączyć, ale rzeczy z nie wyjęte są ciepłe. Przykro, że znowu coś się zepsuło. Na drugie śniadanie zjadamy duże ilości wędliny i łososia.

Minąwszy Arkonę oraz klify zwane Królewskim Tronem (najwyższe wzniesienie na Rugii, 118m n.p.m.) kładziemy się na kurs, który ma nas doprowadzić do Sośnicy (Saßnitz). Całkiem spokojnie żegluje się baksztagiem. A oto autopilot odmawia posłuszeństwa, stwierdzając że napięcie z akumulatora jest zbyt małe. Przecież ładujemy co noc w portach! Otwieram wreszcie skrzynkę akumulatorową i stwierdzam, że klemy ładowarki są podłączone odwrotnie. Za bardzo śpieszyłem się w piątek wieczorem. To wyjaśnia również kłopot z lodówką.

Tymczasem docieramy do Sośnicy, cumujemy, zmieniamy miejsce postoju (miejsca longside są tylko dla stałych bywalców, o czym dowiadujemy się dopiero zacumowawszy tamże), podłączamy prąd. Akumulatory są rzeczywiście porządnie rozładowane, napięcie spoczynkowe wynosi 11,43V. Ja zaś biegnę do sklepu z wyposażeniem, bo nowa Birbante Rocca się odkryła: żeglujemy do starego kraju, a nie mamy map polskiego wybrzeża! Kupiwszy te mapy, pozwalamy sobie na wizytę w restauracji, aby się odstresować. Chcemy jutro wcześnie wyjść, więc znowu nie integrujemy się z sąsiadami – rodzinką z dziećmi, którzy zatrzymali się w sąsiednim boksie. Śpimy spokojnie, a akumulatory się ładują.

Wtorek, 4 sierpnia. Prognoza wskazuje, że mamy 2 dni wiatru dobrego do płynięcia na wschód. Potem kilka dni ciszy. Zatem, dziś musimy dojść do Świnoujścia, a jutro musimy do Kołobrzegu, inaczej nie wykonamy planu. Wychodzimy wcześnie z portu, i żeglujemy przy słabnącym fordewindzie. Postanawiamy postawić genaker, wykorzystując słaby wiatr. Jeszcze nam się to nigdy nie udało, może teraz jednak się da. Nasz genaker nie ma niestety skarpety, więc gdy tylko trochę go podnosimy, wypełnia się wiatrem i okręca. Walczymy z tym, trzymając szoty i róg halsowy, jednocześnie usiłując obrócić środkową część genaker z powrotem. Nagle zdajemy sobie sprawę, że wiatr dmucha nam trochę od przodu – genaker już nie jest „w cieniu” grota, wręcz grot jest nawiewany od przodu. Biegnę do steru aby poprawić kurs. Na samych żaglach się nie da, więc włączam silnik. Dodaję gazu, silnik gaśnie i wtedy zdaję sobie sprawę, że nie sprawdziłem, czy nie a lin w wodzie. Niepracujący szot naszego niedoszłego genakera był w wodzie i właśnie go wciągnąłem w śrubę.

Przebieram się w piankę, maskę, i płetwy podczas gdy załoga sprząta genaker i zrzuca grota. Owijam się cumą i wskakuję do wody, aby wyciągnąć linę ze śruby. Jacht bez żagli i na małym wietrze dryfuje z taką prędkością, że bez cumy nie dogoniłbym go mimo płetw. Odwijam szota ze śruby oraz jej wału i stwierdzam, że śruba została wyciągnięta o dobre pół cala ze statku. Gdy kończę odwijanie szota, moje ręce są całe pocięte przez drobne muszelki, które osadziły się na kadłubie. Ja się martwię jednak napędem, lina w śrubie potrafi wygiąć wał śruby – podobno. Zaglądamy do silnika, okazuje się że przegub – plastikowa część łącząca skrzynię biegów z wałem napędowym jest rozciągnięty o dobre pół cala i chyba pęknięty. Nie możemy używać napędu zanim to nie zostanie naprawione, bo nam wał napędowy wyleci tyłem. Decydujemy zatem wracać na żaglach – pod słaby wiatr – do Sośnicy, to jest duży port, na pewno coś poradzą.

Halsując zbliżamy się pomału do portu w Sośnicy i w pewnej odległości kontaktuję się przez radio z bosmanatem, że dopłynąć to dopłyniemy ale w porcie przydała by nam się pomoc przy manewrach, bo nie mamy silnika do dyspozycji. Bosman obiecuje sprawdzić możliwe rozwiązania i chwilę później obserwujemy motorówę statku ratowniczego, stacjonującego w Sośnicy, wylatującą z portu pełnym gazem na morze. Mija nas nie oglądając się, a u nas zapanowuje konsternacja, bo w radiu nie podawano informacji o kłopotach żadnych statków ni żaglówek. Wreszcie statek ratowniczy kontaktuje się z nami przez radio, że motorówka będzie nas holować do portu. No dobrze, skoro już tu są. Przy ich pomocy docieramy szybko do portu i zostajemy wepchnięci do tego samego boxu w którym staliśmy w nocy.

Biegnę do bosmana portu aby uzgodnić wyciąganie łódki z wody celem obejrzenia szkód wału i jego łożyska. Okazuje się, że dźwig w Sośnicy, głównym porcie Rugii, ma nośność 6 ton, co jest znaczni za mało dla naszej Anny Karin. Bosman telefonuje do Lauterbach na południowym wybrzeżu Rugii, tam mają znacznie porządniejszą suwnicę i obiecują nam zająć się naszą awarią. Tylko dopłynąć musimy tamże, a jutro wiatr się zmienia na południowy.

Decydujemy zatem płynąć teraz, aby na półwietrze przebyć najdłuższy odcinek wzdłuż wschodniego wybrzeża Rugii, rano przebyć wąskie tory wodne na południu i dojść do Lauterbach. Najpierw jednak musimy wyjść z portu bez silnika, zatem w asyście sąsiadów wychodzimy z boxu na postawionym grocie działającym wstecz, a potem halsujemy się do wyjścia z portu. Za główką falochronu kładziemy się na półwiatr, kurs prowadzący nas wzdłuż wybrzeża i opracowujemy plan żeglowania nocnego.

Nocne żeglowanie u wybrzeży Rugii jest raczej stresujące ze względu a liczne płycizny. Jeszcze przed północą osiągamy najdalszy punkt za którym już trzeba by wejść w tor wodny, jest on jednak nieoświetlony. Pływamy zatem półwiatrami na dwumilowym odcinku pomiędzy Świętym Wostrowem (Greifswalder Oie) a boją ODAS. Co pół godziny zwrot, co dwie godziny zmiana wachty.

Tak docieramy do brzasku. Gdy już coś widać, kierujemy się na tor wodny pomiędzy wyspami Rugią a Uznamem, a tu niespodzianka – wiatr się nie zmienił, nadal wieje z południowego wschodu, czyli prosto w nos. Teraz musimy halsować pod wiatr w wąskim torze wodnym. Na lewo możemy jeszcze wypłynąć kilkaset metrów poza boje, ale na prawo, w stronę Rugii, zdecydowanie nie. Zatem halsujemy ostro na wiatr, dobrze że te płycizny wyciszają fale. Robimy zwroty w odstępie kilku minut, sam zwrot zajmuje nam 2-3 sekundy. Z musu – cnota. Jedna osoba steruje, druga wlepia oczy w mapę, a trzecia śpi, i zmieniamy się co 2 godziny.

Wreszcie przechodzimy płycizny, płyniemy teraz po Rüggischer Bodden w kierunku wyspy Ilmo (Vilm), która przesłania nam Lauterbach. Musimy tę wyspę opłynąć, co jest trochę wyzwaniem, bo z jednej strony będzie nam wiatr przeszkadzał, a z drugiej musimy się przemykać pomiędzy płyciznami – i wreszcie u wejścia do portu czeka na nas motorówka firmy „Im Jaich”, która ma się nami zająć.

Bardzo profesjonalnie wpychają naszą łódkę do doku, a następnie wyciągają z wody przy pomocy suwnicy. Mistrz obejrzał wał śruby z zewnątrz i od środka, stwierdzając że plastikowy przegub to jedyne uszkodzenie jakie ponieśliśmy, zaś wał i jego łożysko ocalały. Zamawiamy przegub, musimy poczekać w Lauterbach aż przyjdzie i personel „Im Jaich” nam go zamontuje.

Wtorek, 11 Sierpnia. Spędziwszy w Lauterbach prawie tydzień zaczynamy naszą drogę powrotną. W tym sezonie nie dotrzemy już do starego kraju, zostało mianowicie już tylko kilka dniu urlopu, a wiatr jest raczej wschodni. Żeglujemy zatem w stronę Roztoki po południowej stronie wyspy Rugii. Tyle dobrego z tej przygody, że poznamy te wody, do których dotrzeć do tej pory nie było okazji.

Żeglujemy wzdłuż klifów na południowy zachód półwiatrem, za przylądkiem Palmer Ort wchodzimy w dość wąski tor wodny i płyniemy z wiatrem na północny zachód – zachód. Zaczynamy się zastanawiać, gdzie by tu zawinąć, aby przy okazji poznać jakiś mały, sympatyczny porcik – i może znaleźć dla naszej łódki miejsce na zimę? Najbliżej znajduje się Stary Bród (Stahlbrode), tam skręcamy z oznaczonego toru wodnego. Tor prowadzący do portu jest wąski, przy bocznym wietrze i prądzie znosi nas z niego. W dość małym basenie portowym fala tłucze zaparkowanymi łódkami o nabrzeża. Nie podoba nam się tu, robimy nawrotkę i wracamy przy tej obrzydliwej fali do głównego toru wodnego. Decydujemy się płynąć do samego Strzałowa, tam da się odwiedzić kilka miejsc na zimowanie łódek.

Przed Strzałowem musimy poczekać aż most zwodzony się otworzy. Zastanawialiśmy się, czy nie stanąć na kotwicy – i przy tej okazji wreszcie wypróbować kotwiczenie – ale stanęliśmy na dalbie. Zresztą nie czekaliśmy długo – otwarcie mostu o godz. 15:00, według locji tylko dla ruchu komercyjnego, jednak umożliwiło nam przepłynięcie do Strzałowa. Oceniwszy port miejski jako zbyt zapchany, udaliśmy się do mariny klubowej na Wyspie Duńskiej naprzeciwko miasta.

Czwartek, 13. Sierpnia. Strzałów wart jest zwiedzania, w dzień portowy trochę zobaczyliśmy, ale pewnie kiedyś jeszcze odwiedzimy to miasto. Jednak miejsca na zimę nie znaleźliśmy – miejsc w halach nie ma. Teraz płyniemy do Barhöft, znanego nam z zeszłorocznej awarii pompy wody chłodzącej. Tym razem docieramy do tego porciku bez żadnych sensacji, aczkolwiek nawigacja w wąskich torach wodnych wymaga dużej koncentracji. Przed samym portem należy zwracać uwagę na boczny prąd. Krótki przelot zapewnia nam wczesne wejście do portu, co umożliwia wygodne cumowanie longside na czubku mola.

Piatek, 14 Sierpnia. Dziś czeka na długi przelot do Roztoki – nie ma po drodze już żadnych portów. Po wypłynięciu poza wyspę Chycinę (Hiddensee) kładziemy się na kurs zachodni. Popycha nas sprzyjający, acz łagodny wiatr, ale nie zamierzamy stawiać genakera. Eksperymentujemy natomiast z ustawieniem genui. Wreszcie udaje nam się zastosować bomik spinakera, aby ustabilizować genuę na słabym fordewindzie.

Tak docieramy do Roztoki. Jest już ciemno, ale decydujemy się płynąć bezpośrednio do portu macierzystego, czyli jeszcze półtorej godziny w górę rzeki. W sobotę zaś rano pakujemy się i wyjeżdżamy do domu, kończąc ten urlop niezupełnie wypoczynkowy.

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.