„Starożytność” – czarterowanie samodzielne

Logicznym rozwinięciem naszych dotychczasowych żeglarskich zapędów było samodzielne wyczarterowanie łódki i przejęcie pełnej odpowiedzialności za rejs. Do tego potrzebne jest i doświadczenie i wykształcenie. Mając już doświadczenie z rejsów z kapitanem Mariuszem, zapisałem się na tygodniowy kurs na Sternika Jachtowego, odbywający się w Gdyni we wrześniu 2011. Po egzaminie zdanym w dość wymagających warunkach (7 Bft) wydawało mi się, że mogę spokojnie stawić czoła wyzwaniom czarteru bałtyckiego. Zatem wyczarterowaliśmy małą łódkę – Huntera 27 – na rejs tygodniowy w lecie 2012.
Czemu ta łódka?
Zdecydowaliśmy się czarterować tylko małe i stare łódki. Jeśli będziemy mieli kiedyś własną łódkę, to będzie ona mała i stara. W ten sposób czarterując zdobędę doświadczenie z podobnymi łódkami. Nie boję się prac na łódce. Nie musimy mieć komfortu: urlop żeglarski musi się czymś różnić od pobytu w hotelu. Szukałem tedy łódki w przedziale 26-29 stóp, z kołem sterowym i grotem z listwami – i znalazłem „Chipie”!

I teraz nieprzyjemne zaskoczenie. Moje polskie patenty nie są ważne za granicą, jeśli mam stałe miejsce zamieszkania poza Polską. Zatem przed rejsem trzeba prędko uzyskać patenty niemieckie. Wkułem słownictwo, poćwiczyłem manewry na motorówce na Ammersee, i potem w krótkim odstępie zdałem trzy egzaminy (Prawo jazdy morskie, świadectwo pirotechniczne, i certyfikat radiowy SRC) i dopiero mogliśmy spokojnie planować rejs letni.

Przy tym powstało następne wyzwanie. Agnieszka ma koncert (a raczej, mistrz Penderecki ma, Agnieszka śpiewa w chórze) w niedzielę wieczorem w Kilonii, zaś łódkę trzeba przejąć w sobotę rano w Świętowcu (Heiligenhafen) – mamy więc przepłynąć te 30 mil bez Agnieszki, ewentualnie pod wiatr? Musimy jakoś dać radę.

Sobota, 17.08.2013

Przyjeżdżamy z Augsburga w sobotę rano do portu, spędziwszy noc w motelu po drodze. Jazda w piątek wieczorem była męcząca, bo wiele osób wpadło na pomysł wakacyjnego wyjazdu z Bawarii na północ. Jesteśmy niewyspani ale punktualni, bo chcemy wyjść z portu koło południa, właściciela jednak nie ma. Pojawia się godzinę później „ale korki“, dokonujemy przejęcia łódki. Wszystko wygląda w miarę OK, aż się okazuje że łódka ma kuchenkę spirytusową. Przez godzinę szukam po sklepach flaszki ze spirytusem. Przez następną godzinę szukam – daremnie – wody pitnej w pięciolitrowych butlach, takie są w Chorwacji ale nie w Niemczech. Potem kolejna godzina schodzi nam na czyszczeniu razem z właścicielem jednej z bakist, do której poprzednia załoga pozwoliła się wylać kanistrowi z zapasowym dizlem. Potem jeszcze tylko krótko poczekać na nurka i już po piętnastej wychodzimy w morze. Dokąd by tu dopłynąć dzisiaj, aby trochę posunąć się w stronę Kilonii? Port w Lippe odpada bo za płytko, zatem tylko Orth albo Lemkenhafen na Wembrzy. Decydujemy się na Orth.

Bez problemów docieramy do oznaczonego toru wodnego, zrzucamy żagle przed płyciznami, i potem z trudem znajdujemy miejsce wśród gęsto zaparkowanych łódek. Manewr cumowania przebiega nieco panicznie, bo nie udaje się zarzucić cum na dalby, jednak sąsiedzi ratują nas i pomagają zacumować – ale na próżno, bo miejsce to jest dla kogoś zarezerwowane. Tymczasem przychodzi bosman portu, kasuje pieniądze za pobyt i mówi, że możemy stanąć u czyjejś burty ale głębiej w basenie portowym, w boxach mianowicie nie ma już miejsc.

Płyniemy zatem w głąb portu i pytamy „możemy koło was?” „Nie, potem przypływa jeszcze kumpel” Po X wariacjach na ten temat cumujemy na trzeciego u burty łódki, której załogi nie ma na pokładzie. Teraz możemy pójść do tawerny a potem się wyspać.

Niedziela, 18.08.2013

Prognoza zapowiada wiatr o sile 5 i porywy do 8. My musimy dziś dopłynąć do Kilonii. Piątka nie powinna być groźna dla żaglówki morskiej, wydaje mi się. Wychodzimy więc, a tu niebo ciemnieje, porywy stają się coraz częstsze a fale osiągają wysokość metra, a może nawet 1,20 – dla nas dużo. Refujemy! Fok – łatwo, zrolowaliśmy. Z grotem gorzej, Jeremi musi do masztu zaczepić ucho, podczas gdy Mieszko luzuje a potem wybiera fał. Ta współpraca nie udaje się – nietrenowana. Ja za sterem nie jestem w stanie utrzymać łódki stabilnie pod wiatr, grot chwyta wiatr, a Jeremiego opuszczają resztki odwagi. Podejmuję decyzję: zrzucamy żagle całkowicie! Chcę płynąć na silniku pod wiatr i dotrzeć do lądu, który da nam osłonę przed falą, wtedy będziemy mogli się spokojnie zastanowić co dalej. Teraz to Jeremi stoi za sterem a ja idę do masztu, żagiel zostaje szybko ściągnięty i jako-tako przymocowany do bomu.

Teraz zaczyna się niespokojna jazda pod falę, z którą nasz 15-konny silniczek nie wyrabia się. Co chwila słyszę, jak śruba wychodzi z wody. Na żaglach byłoby spokojniej!

Po godzinie załoga zbiera się na odwagę, aby postawić zrefowane żagle. Teraz udaje się założyć ucho i refsajzingi. Do końca dnia żeglujemy zarefowani – i tak uczę się, że siła wiatru nie jest wielkością absolutną, tylko należy ją oceniać w stosunku do zdolności i umiejętności załogi.

Powoli docieramy do Kilonii. Nawigując z mapą omijamy obszary zamknięte dla ruchu. Musimy przedostać się przez Fiord Kiloński, bo chcemy zatrzymać się w Schilksee albo Strande na zachodnim brzegu – tak będzie łatwiej dotrzeć Agnieszce po koncercie w pałacu. Wchodzimy do Strande i dość szybko znajdujemy wolny box. Cumujemy bez niczyjej pomocy i tak kończy się dzień pełen wrażeń i doświadczeń.

Agnieszka dociera o północy autobusem miejskim. Dla nas, przyzwyczajonych do życia na bawarskiej prowincji jest zaskoczeniem, że publiczna komunikacja chodzi o takiej porze.

Poniedziałek, 19.08.2013

Po wczorajszych wydarzeniach robimy sobie dzień portowy. Wiatr też sobie zrobił całkowitą przerwę, a miasto warto zwiedzić. Szkoda tylko, że Muzeum Morskie ma przerwę wakacyjną.

Przeprowadzam na łódce pierwszą naprawę: szlauch wody pitnej się obluzował i pompa pompuje do zęzy a nie do instalacji.

Wtorek, 20.08.2013

Chcemy pchnąć nasze plany żeglarskie i przybliżyć się do wysp duńskich. Pojutrze musimy płynąć z powrotem do Świętowca, a prognoza zapowiada bardzo lekkie wiatry na następne dni (czy to normalne na Bałtyku?), zatem dopłyniemy tylko do Bagenkop, ewentualnie jutro spróbujemy popłynąć do Marstal.

Zatem rzucamy cumy i płyniemy wzdłuż zachodniego brzegu Fiordu Kilońskiego. Efekt dyszy zapewnia na prędkość na żaglach dochodzącą do 4 węzłów, kończy się to jednak koło latarni morskiej Kilonia, tam już panuje cisza morska. Zrzucamy żagle i płyniemy na motorku, wyciągając 3 węzły.

Gdy jesteśmy takim żeglowaniem zupełnie znudzeni, nadchodzi wiatr o sile 2 do 3 Bft z południowego zachodu – pasuje! Stawiamy żagle, podnosimy też Danebrog – duńską flagę, wybrzeże Aeroe na północy jest już bliżej niż Niemcy na południu. Życie jest piękne.

Przy sterze nie mamy plotera, tylko wyświetlacz ze współrzędnymi, zatem muszę ciągle biegać do kabiny, do mapy. Wkrótce dopłyniemy do Bagenkop, trzeba sprawdzić gdzie tu płycizny. Kontraszota na bom nie założyliśmy, bo przecież się nie opłaca…
– Kochanie przejmujesz ster
– ale
– Nie ma ale, ja muszę sprawdzić mapę
– to przynieś mapę do kokpitu
– Świętokradztwo! Trzymaj po prostu kurs baksztagiem, za 10 minut jestem przy tobie
– Coś się na pewno pochrzani
Bum! Przeleciał bom! Zrobiliśmy niechcący zwrot przez rufę, niedoświadczony sternik nie utrzymał kursu przy fali nadchodzącej od rufy. Na szczęście bom nie był całkiem wypuszczony, nie leżał na wantach, więc impet poszedł w talię bomu – i w kolumnę sterową, do którje talia jest przymocowana. Wysiadły instrumenty przy sterze. Aktualnie niebezpieczny jest brak głębokościomierza.
Nowy pomysł jest potrzebny. Jeremi zostaje mianowany nawigatorem i teraz to on biega pomiędzy kokpitem a kabiną. Skiper przejumje ster, a poprzedni sternik ma do końca dnia wolne i zdrowieje z szoku.

Tymczasem wiatr osiąga 4 Bft, co zapewnia nam oszałamiającą prędkość 7,5 węzłów, będącą prędkością maxymalną tego jachtu. To nie poprawia nastrojów, wręcz przeciwnie, załoga boi się tak zasuwać prosto na zawietrzny ląd. Nawigacja do portu jest od tej strony jednak prosta, tylko trzeba zwracać uwagę na liczne sieci tuż na zachód od portu – i na licznych rybaków właśnie wchodzących do portu.

Zrzucamy żagle i wchodzimy do basenu portowego, gdzie jest spokojniej – nie ma fali. Jednak wiatr jest boczny w stosunku do boxów i tak mijamy się z tym boxem, który wybrałem, kładziemy się burtą na dalbach, chwyciwszy je cumami. Nie mając specjalnie możliwości nauki manewrów cumami w tym momencie, zdani jesteśmy na pomoc sąsiadów.

Sąsiedzi okazali się być bardzo sympatyczni i nie tylko że pomogli nam wejść do boxu, to jeszcze spędziliśmy z nimi miły wieczór wymieniając morskie opowieści. Tymczasem naprawiliśmy też połączenia elektryczne instrumentów w kolumnie sterowej. Wieczór był bardzo miły.

Środa, 21.08.2013

Na naszych wyprawach chcemy też coś zobaczyć, pozwiedzać. Również w Bagenkop – w pobliżu jest Muzeum Zimnej Wojny, może być ciekawe dla chłopaków. Również dla mnie – pamiętam czasy, gdy moi starsi koledzy w Ludowym Wojsku Polskim przygotowywali się do desantu u boku niezwyciężonej Armii Czerwonej na duńskie wyspy w ramach niesienia zbrojnie socjalistycznego pokoju dla światowej klasy robotniczej. Maszerujemy zatem przez śliczny krajobraz wyspy Langeland, a potem mamy godzinkę historii pozalekcyjnej.

Wczesnym popołudniem jesteśmy spowrotem na łódce. Decydujemy wykorzystać pozostały Boży dzień nie na żeglowanie, tylko na manewry i ogólnie na naukę żeglarstwa. Wychodzimy zatem i ćwiczymy przed portem zwroty, refowanie, stawanie w dryf… To powinniśmy byli zrobić na początku rejsu, ale się nie dało. Ale teraz ćwiczymy i stajemy się lepsi.

Wracamy do portu i stajemy na starym miejscu – sąsiedzi pozostali, im nie tyka czas czarteru – i cumujemy samodzielnie. To mniejszy wiatr, czy my jesteśmy pewniejsi? Wieczór upływa znowu z sąsiadami, i z gitarą, i z winem.

Jeszcze tego samego wieczoru pewien jegomość zagaił rozmowę na temat naszej łódki, bo niewiele Hunterów widzi się na Bałtyku. Ten człowiek to nasz późniejszy przyjaciel Ingo.

Czwartek, 22.08.2013

Dziś rozpoczynamy podróż powrotną, aby w piątek po południu przekazać bezstresowo łódkę właścicielowi. Potem czeka nas podróż do Starego Kraju, gdzie spędzimy dalszą część urlopu.

Rzut oka na prognozę pogody na dziś: 0-1 Bft, bez fali. Coś nie tak z tą bałtycką pogodą. Płyniemy na motorze. Strasznie nam się to dłuży, umilamy sobie czas jedzeniem, piciem, i rozmową. Zmieniamy się za sterem. W ten sposób docieramy do płycizny Flügesand, gdzie nagle pojawia się wiatr. Teraz, na sam koniec dnia! Wchodzimy halsując do Fehmarnsund, tam w dyszy łódka osiąga swoją prędkość maksymalną 7,5 węzła. To miła odmiana po całym dniu ciszy. Ale załoga narzeka „za duży przechył“ mimo że burta zawietrzna jest jeszcze dobre pół metra nad wodą. Zatem kończymy na dzisiaj. Kiedyś jeszcze ich nauczę zejmaństwa.

Jeszcze tylko prędka decyzja – Orth czy Lemkenhafen – o tej porze znowu jest już pełno w portach to pewnie lepiej Orth.
Ostatnia kolacja na „Chipie“, ostatnia impreza z szantami, ostatni raz sprawdzić pogodę i zaplanować przelot… Aż żal.

Na koniec wieczoru spotykamy w porcie Ingo, którego wcześniej poznaliśmy w Bagenkop, gdy interesował się „naszym“ Hunterem, Tym razem zwiedzamy jego łódkę, „Antares“ typu Sirius 340.

Piątek, 23.08.2013

Dziś oddamy łódkę, na której przebywaliśmy przez tydzień. W tym celu musimy być w Świętowcu około piętnastej, więc mamy jedszcze czas poćwiczyć manewry w cieśninie.

Przy niemałym wschodnim wietrze halsujemy w stronę mostu na Wębrzę. To jest ćwiczenie szybkiej nawigacji, bo tor wodny szybko się zwęża. Na południe od niego mapa ostrzega przed kamieniami, zaś na północy są mielizny. Trenujemy zatem branie namiarów i nawigację zliczeniową. Należy przy tym uwzględnić prąd. W takich warunkache pewnie nie moglibyśmy przepłynąć pod mostem na żaglach. Zawracamy zatem i płyniemy bajdewindem. Chcemy ćwiczyć zwroty przez rufę. Płynąc z wiatrem osiągamy spore prędkości, załoga zaczyna jednak obawiać się zbyt dużych przechyłów. Spływamy zatem do portu, zdajemy łódkę, schodzimy na ląd i kończymy nasz pierwszy samodzielny rejs.

* * *

Potem nastąpiły kolejne rejsy czarterowe. Jeszcze w 2013 byłem skiperem we flotylli, która została zorganizowana jako event firmowy mojego ówczesnego pracodawcy. Wraz z kolegami z innych biur pływaliśmy po duńskich wodach do Svendborga. Wiele się podczas tego rejsu nauczyłem, natomiast wydarzeniem w pewnym sensie decydującym o dalszych naszych dziejach była wypowiedź mojego pierwszego oficera: „Gdy ja będę miał swoją żaglówkę, to…“ W tym momencie zrozumiałem, że można pracować jako inżynier na etacie i jednocześnie posiadać łódkę – nie trzeba odkładać tego do emerytury…

W następnym roku – 2014 – przedsięwzięliśmy rejs rodzinny po Bałtyku, tym razem starszy syn Jeremi nie zechciał z nami jechać. Będąc zdania, że koniecznie potrzebujemy czterech osób na jachcie, namówiłem kumpla żeby dołączył do nas. Ta mieszanka załogi rodzinno-kumplowska nie sprawdziła się na tym etapie naszego hobby. Jako załoga nie byliśmy zgrani. Rejs jednak udał się – w ciągu dwóch tygodni, co samo w sobie jest świetnym wynalazkiem na rejs czarterowy, okrążyliśmy duńską wyspę Fionię i wiele ciekawych rzeczy widzieliśmy i przeżyliśmy. Pozytywnym doświadczeniem było planowanie trasy według wiatru. Prognoza trzydniowa pozwala z dużą dozą pewności planować trasę tak, aby unikać żeglowania w nieodpowiednich warunkach a mimo to coś osiągnąć.

W lecie 2015 roku znowu zorganizowaliśmy rejs mieszany. Dołączył do nas inny kumpel ze swoją narzeczoną. Ten rejs zaplanowaliśmy jako rodzaj treningu, bo kumpel był znacznie bardziej doświadczonym żeglarzem. Tym razem musiałem zrezygnować z czarterowania leciwej łajby, aby narzeczonej kolegi nie zrażać do naszego pięknego hobby zapachem diesla i koniecznością napraw. O ile wiem, pasją do żeglowania się ta osoba jednak nie zaraziła.

* * *

Ten niedobór żeglowania na starej łódce nadrobiliśmy w sezonie 2016. Dwutygodniowy czarter czterdziestoletniej Vindö 40 był znaczący dla naszej przyszłości pod wieloma względami. Postawiliśmy sobie przed tym rodzinnym rejsem ambitne cele:
– wypróbowanie takiej łódki, która będzie miała coś wspólnego z łódką docelową
– wypróbowanie „dłuższego“ pobytu na małej powierzchni
– próba przepłynięcia dłuższych odcinków dobowych, ewentualnie z pływaniem nocnym
– zebranie doświadczeń odnośnie starej łódki
Celem miał być znowu Bornholm, w dwa tygodnie powinno się go dać osiągnąc i wrócić. Wszyscy zgodzili się na te cele, jedynie nocny przelot na samym początku nie budzi entuzjazmu. Ja jednak uważam, że najbardziej ryzykowne odcinki rejsu czarterowego powinny zostać wykonane na jego początku.

Po noclegu po drodze jesteśmy rano w porcie Ortmühle. Łódka „Lille Oe“ typu Vindö 40 czeka już na nas i jest taka ładna, że można się w niej zakochać. Niestety również można zauważyć, że łódka ma swój wiek, niektóre jaskółki są mokre. Przejęcie łodki jest krótkie, ale dziś i tak nie wypływamy bo jest za silny wiatr. Jak silny musimy zgadywać, bo wiatromierza nie ma na wyposażeniu.

Następnego dnia, 7.08, wiatr się nieco zmniejszył, albo my się już przyzwyczailiśmy do jego pogwizdywania. Prognoza przewiduje siłe wiatru 5, to trochę dużo dla szczurów lądowych, ale my mamy dobrą łódkę do dyspozycji oraz ambicje. Żeglujemy z zachodnim wiatrem tylko na zarefowanej genui, mając nadzieję zrealizować plan bornholmski. Posuwamy się dobrą prędkością 6 węzłów. Żeglowanie fordewindem powoduje znaczące kołysanie, zatem halsujemy z wiatrem. To kołysanie narusza naszą determinację, aby robić od razu długi przelot. Kuchnia nie jest zawieszona na zawiasach, zatem nie możemy gotować po drodze. Nie mamy możliwości przymocować rumpla, więc wachty jednoosobowe w nocy są wykluczone. Zasadniczo jednak po prostu nie mamy ochoty na takie kołysanie jeszcze kilkadziesiąt godzin pod rząd. Jeszcześmy się nie przyzwyczaili do żeglowania i to jest za duże wyzwanie na początku rejsu.

Rezygnując z długiego przelotu kierujemy się do mariny Kühlungsborn. Tam spędzamy też cały kolejny dzień, zabetonowani silnym wiatrem, zwiedzając okolice. To oznacza, że nie mamy już rezerw czasowych, aby dopłynąć na Bornholm.

9. sierpnia wiatr osłabł na tyle, że odważamy się wyjść z portu. Duża fala zniechęca nas do wychodzenia na pełne morze, więc trzymając się brzegu żeglujemy do Warnowujścia (Warnemünde). Tam okrążamy potężne falochrony, za ich osłoną zrzucamy żagle i zatrzymujemy się w dobrze chronionej marinie Hohe Düne. Popołudnie spędzamy zwiedzając malownicze miasteczko Warnowujście.

Następnego dnia dojrzeliśmy do dłuższego przelotu. Bornholm już wykluczyliśmy, postanowiliśmy zatem popłynąć do Klintholm na duńskiej wyspie Mön. Zachodni wiatr zapewnił nam wygodne żeglowanie półwiatrem, zaś nawietrzny brzeg wyspy Falster ochrania nas od fal. Przedtem jeszcze musimy przedostać się przez system rozdzielenia ruchu Kadettenrinne, robimy to zgodnie z przepisami żeglując prostopadle do osi tego systemu. Nie wchodzimy w paradę wielkim statkom handlowym, które posuwają się dużą prędkością wzdłuż Kadettenrinne. Pojawiają się zza horyzontu, wkrótce są przed nami, a za chwilę już ich znowu nie ma. Żeglowanie nocne tutaj byłoby… ciekawe.

Docieramy do Klintholm, wraz z nami nadciągają chmury burzowe. Zrzucamy szybko żagle, ale roller genui się zaciął. Pełznę na dziób w kurtce, ale bez spodni od sztormiaka, bo nie ma czasu się ubrać – lecimy na nieznany nam brzeg. Gdy docieram na dziób, dostajemy falę, która wchodzi na pokład. Gdy już kończę kląć, ale jeszcze nie zwijać żagiel, obrywa się chmura. Leje jak z cebra, pada nawet grad.

Nigdy więcej na dziób bez spodni.

Gdy już zacumowaliśmy w marinie Klintholm, pojawia się słońce i możemy się cieszyć wieczorem po naszym pierwszym prawdziwym przelocie.

Chcemy, aby nasz rejs był widoczny na mapie Europy, planujemy więc przepłynięcie do Szwecji. Do tej pory znam Szwecję przez pryzmat Sztokholmu, który odwiedzam czasem służbowo. Będziemy więc płynąć na północ półwiatrem, za to powrót będzie pod wiatr. Cóż, trzeba też sprawdzić, jak taka łódka halsuje pod wiatr.

Żeglujemy wzdłuż malowniczych klifów wyspy Mön, potem wychodzi nam bajdewind prosto w stronę Trelleborga w Skanii. Sam Trelleborg jest zamknięty dla łódek, możemy do Skaare na zachód od miasta albo do Gislövs Läge na wschód. Według opisu ta druga wydaje nam się mniej kiepska, więc tam się kierujemy. Wybrzeże Skanii jest ma mało punktów charakterystycznych, w pewnym momencie nie wiemy, gdzie jesteśmy. Dopiero spojrzawszy na nasz ręczny odbiornik GPS, niesportowo, poprawiamy naszą nawigację i docieramy do porciku.

Gislövs Läge to mieścina sprawiająca wrażenie opuszczonej. Nie jest też uczęszczana przez jachty – za naszego pobytu przypłynął tam tylko jeden, zresztą z Polski. Spędziliśmy z tamtą załogą miły wieczór. Następnego dnia zaś wybraliśmy się autobusem turystycznym do Trelleborga.

13. sierpnia rozpoczynamy podróż powrotną. Prognoza przewiduje wiatr przeciwny o sile do 6 oraz fale o wysokości 2 metrów. Chcę wypróbować, jak się Vindö w takich warunkach zachowuje, więc wypływamy odważnie.

Piękne słońce i wiatru raczej mniej niż więcej – to łagodny początek dnia. Ubieramy się w sztormiaki i smarujemy kremem przeciwsłonecznym. Wtedy wiatr się wzmaga i osiąga zapowiedzianą siłę 5 Beaufortów.

Halsowanie pod wiatr okazuje się mało skuteczne. W ciągu 3 godzin robimy tylko 2-3 mile w kierunku do celu, czyli do Klintholm – ale to jest po drugiej stronie wyspy Mön. Teraz zapuszczamy silnik, ale pod wiatr i falę osiągamy tylko ok. 3 węzłów nad dnem, za to kosztem hałasu i wibracji. Fala wzrasta nadal i wkrótce przekracza zapowiadane 2 metry. Po godzinie wyłączamy silnik. Porządnie zarefowani kładziemy się na kurs południowy, który powinie doprowadzić nas do klifów wyspy Mön, po których obiecuję sobie osłonę przed falami i wiatrem.

Wiatr i fala wzrastają. Fale o wysokości 4 metrów przychodzą dość gęsto i nie sposób po nich jechać – gdy poprzednia podnosi nam rufę, dziób wali już w następną. Godzinami przedzieramy się tak w południowym kierunku, w kierunku planowanego portu Klintholm. Zaczynam się martwić, jak przy południowym wietrze i fali wejdziemy do tego portu, otwartego zasadniczo na południe. Do tego zapewne po ciemku. Jednak w aktualnej sytuacji moją większą troską jest wiatr tu i teraz – nadal wzrasta i staje się bardziej porywisty. Bryzgi wody docierają teraz do kokpitu, zamykamy zejściówkę.

Nie boimy się wywrotki – łódka sprawia wrażenie bardzo stabilnej. Stabilność wzrasta wyraźnie przy wzrastającym przechyle – to znaczy, łódka już przechylona nie chce się dalej przechylać. Ale zarefowana genua łopocze straszliwie, obawiam się o sztag. Stajemy w dryf. Sytuacja od razu uspokaja się – silny przechył, ale łódka już nie pochyla się na fali. Muszę trzymać mocno rumpel, ale mamy czas przedyskutować sytuację. Południowo-wschodni wiatr uniemożliwia nam żeglugę w kierunku klifów Mön – nie będziemy mieli osłony od wiatru i fali. Jeśli teraz zrobimy zwrot, może uda nam się wpłynąć do zatoki Faxe, gdzie płycizny może wygaszą fale. Wtedy da się popłynąć w kierunku portu Rödvig, do którego łatwiej będzie wpłynąć.

Płyniemy zatem na zachód. Wysokość fal zdecydowanie przekracza 4 metry, a nam wydają się jeszcze wyższe w tej wieczornej godzinie. Zasadniczo fale nam nie przeszkadzają, nawet nie są już męczące, ale w razie gdybyśmy potrzebowali jechać na silniku – nie dałby sobie z nimi rady.

Zapada noc, teraz potrzeba tylko cierpliwości. Widzimy światło latarni Hojerup na północ od Rödvig. Wiatr skręca nieco na zachód, znowu musimy halsować. Dwie godziny potrzebujemy, aby opłynąć płycizny zatoki Faxe. Gdy docieramy do Rödvig, jest najciemniejsza godzina nocy i nie chcemy wchodzić po ciemku do nieznanego portu. Zwłaszcza że nigdy jeszcze nie udało nam się zacumować bez pomocy z lądu. Gdy zatem wykrywam „boję bezpiecznej wody” portu Rödvig, jakąś milę przed nami, zawracamy. Teraz żeglujemy półwiatrami przed portem Rödvig przez kilka godzin, zmieniając się za sterem, dopóki nie zrobi się jasno. O wschodzie słońca wchodzimy do śpiącego portu. Cumujemy o własnych siłach w pierwszym możliwym miejscu. Manewr cumowania wychodzi nam idealnie.

Poranek nasz w Rödvig stoi pod znakiem wysypiania się i suszenia. Potem oglądamy Rödvig, robimy zakupy za gotówkę. To pozwla nam uzyskać monety 5 koronowe, a to z kolei umożliwia nam pójście pod prysznic w porcie. Wieczór spędzamy na łódce przy gitarze i śpiewie. Przedtem zmuszamy się do tego, aby postawić budę z brezentu nad kokpitem – to nowe doświadczenie. Szkoda że dopiero teraz. Buda ta znakomicie powiększa przestrzeń mieszkalną w zimne wieczory, przydałoby to się nam w Kühlungsborn i Klintholm.

Następnego dnia przychodzi lato – z łagodnym wiaterkiem zachodnim płyniemy powoli do Klintoholm. Ten przelot zupełnie jest niespektakularny. Z Klintholm musimy żeglować w kierunku Niemiec, co przy siadającym wietrze trwa dłużej niż by nam to odpowiadało. Żeglujemy nocą – tym razem jest to noc spokojna, prawie bezwietrzna. Testujemy zmianę wacht: jedna osoba śpi, druga drzemie w kokpicie, trzecia steruje. Ten nocny przelot doprowadza nas do Burgtiefe na Wembrzy (czyli Fehmarn), skąd już tylko rzut beretem do portu Ortmühle, gdzie zdamy łódkę.

W cieśninie Webrzy (Fehmarn) panuje spory ruch. Mimo to nie włączamy silnika, tylko halsujemy pod wiatr – ten ostatni raz w tym rejsie. Sprawnie robimy zwroty przez sztag, udaje nam się zachować kąt martwy ok. 90 stopni. Czy to na sam koniec tak nam się udaje, czy może staliśmy się zgraną załogą? A może poznaliśmy statek?

W piątek rano pakujemy rzeczy i klarujemy łódkę do zdania. Zdanie następuje punktualnie i bez problemów. W jego trakcie odwiedza nas też szef firmy czarterowej, pan Gökemeyer, z którym dość długo dyskutujemy o łódkach typu Vindö. Ta „Lille Oe“ to na pewno nie ostatnia Vindö którą żeglujemy.

* * *

Pod koniec maja 2017 odbyliśmy kolejny – i jak się potem okazało, do tej pory ostatni – rejs czarterowy. Ponownie wypożyczyliśmy z firmy Chartership łódkę klasyczną, niestety nie Vindö, model ciutkę większy niż „Lille Oe” był już zarezerwowany. Tym razem żeglowaliśmy Hallberg Mistral. Nasze marzenie – Bornholm – zostało przekreślone dominacją wschodnich wiatrów w pierwszym tygodniu czarteru. Popłynęliśmy zatem na duńskie morza południowe, znane też jako duńskie szkiery.

Spędziliśmy tam piękne dni na małych wysepkach, w małych porcikach unikanych przez hordy czarterowców. Mając tym razem składane rowery ze sobą, mogliśmy zjeździć te wysepki wzdłuż i wszerz. Na wyspie Aerö, w mieście Aerösköbing spotkaliśmy kilku żeglarzy, którzy przybyli tu na mający się wkrótce odbyć doroczny zlot łódek produkcji Vindö. Najwyraźniej idea Vindö za nami chodzi.

Kolejne dni spędziliśmy w Marstal – musieliśmy się tam schronić przed kilkudniowym silnym wiatrem. Tam dołączyli do nas Monika i Ingo na swoim „Antares“. Poznaliśmy się z nimi na naszym pierwszym rejsie czarteowym na „Chipie“, a teraz, po latach przyjaźni korespondencyjnej, zobaczyliśmy się znowu. Przymusowy pobyt w Marstal był z nimi znacznie przyjemniejszy.

Potem był już tylko przelot fo Ortmühle, gdzie zdaliśmy łódkę. Śniadanie zjedliśmy na pokładzie „Antares“, a potem pojechaliśmy na wyspę Wembrzę (Fehmarn), aby obejrzeć pewną łódkę typu Vindö 45 wystawioną tam na sprzedaż. Ona stała się naszą „Anną Karin“…